„Konektom” – opowiadanie

Przedmowa:

To opowiadanie jest czymś więcej niż zwykłą fikcją. Choć jego bohaterowie są wytworem wyobraźni, ich myśli, nadzieje i lęki odzwierciedlają moje własne. Przyszłość jest nieodgadniona – pełna możliwości, ale i zagrożeń. W tej historii splatają się moje obawy o to, dokąd zmierzamy, marzenia o tym, jak mogłoby być, oraz osobiste spojrzenie na świat, który kształtuje nas wszystkich.

Nie jest to jednak manifest, lecz zaproszenie do refleksji. Być może odnajdziesz tu coś bliskiego swojemu sercu, a może spojrzysz na rzeczywistość z innej perspektywy. Tak czy inaczej – mam nadzieję, że ta opowieść skłoni Cię do myślenia i pozwoli Ci na chwilę zanurzyć się w świecie, który stworzyłem.

Zapraszam do lektury.

Bartosz Bocheński

 

Wstęp

Za oknem padał lekki deszcz. Niebo zasnuło się całunem stalowo-czarnych chmur, które zakrywały stare kamienice. Miasto powoli budziło się do życia.

Krajobraz składał się z zatłoczonych ulic, zakorkowanych długimi sznurami ciemnych aut oraz mieszkańców powoli zmierzających do pracy. W porannych godzinach potężne pojazdy transportowały biodegradowalne odpady z zaawansowanego technologicznie centrum miasta na okoliczne gospodarstwa wiejskie. To właśnie one, przetwarzając odpady, utrzymywały metropolię w równowadze, zapewniając balans i harmonię. Ze względu na swoje ogromne gabaryty oraz strome nachylenie terenu, pojazdy te musiały poruszać się znacznie wolniej od samochodów mieszkańców.

Gospodarka miasta opierała się na współpracy gigantycznych firm technologicznych ulokowanych w centrum metropolii, rozciągającej się na płaskowyżu dominującym nad okolicznymi górami. Przedsiębiorstwa te zajmowały się produkcją komputerów oraz zaawansowanych wszczepów, ściśle współpracując z wielopokoleniowymi gospodarstwami rolnymi, hodowlanymi, sadowniczymi i rybackimi. Gospodarstwa te zajmowały ogromne połacie ziemi otaczające miasto. Na relacji tych dwóch potężnych podmiotów opierała się cała gospodarka, w której na ostatnim miejscu znajdowali się mieszkańcy klasy średniej, zamieszkujący przedmieścia – kamienice, blokowiska i niewielkie domy jednorodzinne.

To w tej scenerii doszło do dramatycznych wydarzeń, które na zawsze odmieniły oblicze polskiej demokracji. W ich centrum znajdowały się dwie wybitne postacie: Bartosz Bocheński – kreatywny inżynier pracujący w dziedzinie druku trójwymiarowego, oraz Karol Malicki – błyskotliwy mechanik, dla którego warsztat nie był jedynie miejscem napraw, lecz prawdziwą artystyczną pracownią.

Ich wyczyny obrosły w legendy, a wiele opowieści o nich balansowało na granicy prawdy i fikcji. Jednak żadna z ich wcześniejszych dokonań nie dorównywała tej jednej – najbardziej enigmatycznej i skomplikowanej spośród wszystkich. Historia ta swój początek miała wiele lat temu dla Karola, a dla Bartosza niewiele później – pod koniec jednego z najtrudniejszych projektów w ich karierach.

Miasto
Miasto

 

AKT 1

Poranek na Kazanowskiej miał swój rytm. Nie był to rytm przyjemny ani spokojny. Raczej metodyczne, mechaniczne stukanie zegara. Jednak w swoim domu, we własnym łóżku, przez chwilę mógł poczuć spokój.

Bartosz otworzył oczy i od razu poczuł chłód. Kołdra, która powinna go ogrzewać, była w całości zwinięta wokół ciała jego ukochanej. Spała zwrócona do niego plecami z ramieniem niedbale rzuconym na poduszkę. Wczorajszy makijaż rozmazany delikatnie pod oczami dodawał jej pewnego uroku. Pomyślał, że w nocy walczyła z poduszką i chyba przegrała. Nie chciał jej budzić, więc ostrożnie wysunął się z łóżka.

Cichy chód po zimnej podłodze prowadził go przez znajomy korytarz. Mijając wielkie drzewo genealogiczne, na chwilę przystanął. Przejechał palcem po jednej z dalszych gałęzi i przypomniał sobie, że miał dopisać nowego członka. Urodził się jakiś czas temu, w dalekiej nodze rodu. Westchnął, obiecując sobie, że zrobi to później.

Dźwięk uderzenia pięści w stół wyrwał go z zamyślenia. W pracy słyszał ten dźwięk zdecydowanie za często. Ruszył, zaglądając najpierw do pokoju bliźniaków. Spały spokojnie, otulone ciepłymi kocami.

– Znowu zarwał noc – mruknął do siebie, przechodząc do drzwi naprzeciwko. Otworzył je i wychylił głowę do środka.

– Wygrywasz?

– Tak, tak, nawet drugą grę z rzędu. – Odpowiedział Filip

– Dobrze. A nie masz dzisiaj szkoły, czy czegoś w tym rodzaju?

– Zaliczają z połową frekwencji. U mnie bez dzisiaj jest siedemdziesiąt cztery procent, więc na spokojnie.

– Dobra, skalibrowałeś drukarkę wczoraj, potem, jak z niej korzystałeś?

– Jasne, nawet przeczyściłem dysze, żebyś był ze mnie dumny.

– Super, cieszę się i tak dalej. A teraz idę po mleko, nie czekaj.

– Bardzo zabawne. Zamknij drzwi za sobą. – Bartosz uśmiechnął się pod nosem i zgodnie z prośbą zamknął drzwi. Ubrał się w wyjściowy strój – nieco bardziej elegancki niż codzienny, ale wciąż na tyle luźny, by nie przyciągać niepotrzebnej uwagi na ulicy.

Delikatnie zamknął drzwi wejściowe i żwawym, sprężystym krokiem ruszył w stronę restauracji, w której miał rozpocząć kolejny dzień w pracy. Miasto budziło się do życia. Smugi dymu unosiły się znad wieżowców, a powietrze stawało się coraz cieplejsze, ogrzewane porannymi promieniami słońca. Zmysły budzące się do życia przypomniały sobie o porannej kawie.

Przechodząc ulicą Warszawską, uległ nawykowi i odwiedził lokalną kawiarnię, której to od lat był stałym bywalcem.

AKT 2

– Tosty z serem i kawa. Czarna.
– Jasne. Jak zawsze. – Odpowiedział barman
– Jak zawsze.
– Twój kumpel już czeka.
– Oczywiście, że tak. Dzięki.
– Czekałem, czekałem, już myślałem, że się poddałeś i poleciałeś na inną planetę. – Powiedział opierając się na metalowym przedramieniu. Wszczepy na dłoniach lśniły lekko w świetle przygaszonych lamp. Złapał kubek z kawą i kiwną głową na przywitanie.
– Jeszcze nie zarobiłem na bilet.
– To może czas zacząć inwestować?
(I tak zaczyna się rozmowa o kopalniach międzyplanetarnych…)
– W coś konkretnego?
– Kopalnie międzyplanetarne. Ludzkość żre surowce jak narkotyk, a kto pierwszy postawi nogę na nowym złożu, ten dyktuje ceny.
– Ryzykowne.
– Pewnie. Ale lepsze to niż pakowanie kasy w jakieś bajki o konektomie.
– Po pierwsze to nie bajki tylko fakty, a po drugie kto ci już zdążył sprzedać teorię?
– Nie teorię, tylko plotkę. SensoTech podobno majstruje przy konektomie. Nie na zasadzie „badań”, tylko faktycznej produkcji.
– Chcesz powiedzieć, że wszczepy mogą się stać zbędne?
– Nie tak szybko. Ale jeśli to prawda, to ci na górze chcą sterować dostępem do technologii. Masz ich interfejs, masz życie. Nie masz, jesteś nikim.
– Brzmi jak coś, co skończy się dużym bałaganem.
– Jak wszystko. A skoro już mówimy o „bałaganie” słyszałeś o tej karawanie transportowej SensoTech?
– Nie, ale już mi się podoba.
– Korporacyjny transport, podobno przewożą sprzęt do mikrofotografii.
– Brzmi jak coś dla ciebie.
– Dokładnie. Kilku moim klientom bardzo by się to przydało, ale wiesz, jak to jest – jeśli korpo wiozą sprzęt, to znaczy, że ktoś o niego zawalczy.
– A ty masz zamiar stać z boku i się przyglądać? – Zapytał Bartosz
– Zawsze, stary. Zawsze.

Kawiarnia szumiała cichymi rozmowami, a w tle sączy się muzyka z epoki, do której lokal próbuje nawiązać. Świat postcyberpunku może być zimny i bezduszny, ale tutaj, choć na chwilę, można się poczuć jak w innym czasie.
Świat może okrutny, ale na pewno nie brzydki.

– A jeśli nie musiałbyś stać z boku?
– Słucham? – Zapytał Karol
– Mówisz, że sprzęt do mikrofotografii by się przydał. Może warto go zdobyć zamiast czekać, aż ktoś inny go przejmie?
– Stary, ty to masz pomysły. Mówimy o sprzęcie korporacyjnym, nie o skrzynce tanich komponentów z targu. Pamiętasz co się stało z klientami, którym bezinteresownie chciałem pomóc rok temu? – Zapytał Karol
– Tak do dzisiaj są na czarnych listach korpo, ale przynajmniej mogą zobaczyć te listy i nikt nie wie, że to dzięki tobie. Wszyscy zadowoleni i jeszcze zarobiłeś!
– Zarobiłem, ale jakim kosztem?! Niech ktoś inny za niego płaci!
– No właśnie. Więc albo zarobią na nim oni, albo my. Odpowiedział Bartosz
– A ty niby skąd wiesz, że się uda?
– No nie musimy zabierać wszystkiego. Wystarczy, że wybierzemy odpowiedni moment i odpowiedni ładunek. Kilka sztuk, wilk syty, owca cała.
– Powiedzmy, że mnie zaciekawiłeś. Ale jeśli coś pójdzie nie tak, to będę się upierał, że to był twój pomysł.
– Tak Karol, to mój pomysł.
– Pogadamy o tym wieczorem. U mnie w warsztacie. – Karol złapała za skórzaną kurtkę, poprawia kołnierz i założył na siebie.
– Wpadnę po zamknięciu.
– No to do zobaczenia, złodzieju przyszłości.

AKT 3

Bartosz szedł wzdłuż wąskiej, bocznej uliczki, omijając kałuże odbijające blask neonów. Warsztat Karola znajdował się w starej, przerobionej hali, której metalowe drzwi nosiły ślady niezliczonych napraw i szarpnięć mechanicznych ramion. Obok wejścia ktoś sprayem nabazgrał „Skorupy precz!”, warstwa rdzy na drzwiach skutecznie rozmywała przekaz.
Wewnątrz warsztatu powietrze było gęste od zapachu oleju, ozonu i przypalonego plastiku. Światło lamp LED odbijało się od metalowych kończyn i obudów wszczepów porozrzucanych po półkach. Każda ściana obłożona była narzędziami, a na stole leżała rozbebeszona cybernetyczna ręka, której serwomechanizmy wciąż leniwie drgały.
Półki Karola były czymś w rodzaju gabinetu osobliwości – leżały na nich wszczepy, które w normalnych warunkach były prawie nieosiągalne: wojskowe sensory, opancerzone protezy z nanokompozytów, eksperymentalne interfejsy neuronowe. Każdy z nich miał swoją historię, choć większość sprowadzała się do jednego: ktoś bardzo nie chciał, żeby wpadły w niepowołane ręce.
Karol siedział na krześle, obracając w dłoniach niewielki obiektyw wyjęty z jednego z wszczepów. Jego mechaniczne ramię cicho zaskrzypiało, gdy odłożył go na stół.
– No, dawaj, co wymyśliłeś? – zapytał, wskazując Bartoszowi wolne miejsce.
– Konwój przejeżdża obok miejskiego portu rzecznego. Obiektywy mają tam być przeładowane na statek. Nie mamy dużo czasu, ale… Jest jeden moment, w którym możemy uderzyć. – Bartosz pochylił się nad holograficzną mapą.
– Żuraw przeładunkowy. Jeśli wdrapię się na niego i skoczę w odpowiednim momencie, mogę zrobić dziurę w dachu ciężarówki.
Karol parsknął śmiechem.
–Uważaj po jeszcze trafisz w punkt. To konwój, on jedzie… A potem co? Wślizgniesz się do środka i po prostu wyciągniesz paczkę?”
– Mniej więcej taki jest plan. Przy okazji po naszej ostatniej wycieczce zostały mi jeszcze cztery granaty EMP. Umieścimy je kawałek przed żurawiem, żeby samochody zatrzymały się pod nami. Ja będę czekał na linię, a ty będziesz sterował żurawiem.
– Ty to masz fantazję… Ale dobra, zanim pójdziemy się zabić, powiedz mi jedno: po co ci te obiektywy? Ja mam klientów, którzy by mi za nie zapłacili. Ale ty? –
Bartosz oparł się o stół i przez chwilę milczał, jakby zbierał myśli.
– Chodzi o moje figurki.
– Co?! Czekaj, tak serio? – Karol uniósł brew. – Zamierzasz zrobić z nich jakieś super-hiper-dzieła sztuki?
–Nie. Zamierzam zabezpieczyć je przed podróbkami.
–Jak?
–Każdy, kto ma drukarkę 3D, może zeskanować i skopiować moją figurkę. Ale jeśli zrobię jej zdjęcie przy użyciu obiektywu do makrofotografii, ujawnią się mikroskopijne szczegóły produkcji, których nie da się podrobić. Unikalne wzory warstw, drobne defekty materiału – coś, czego nie wychwyci żaden zwykły skaner. To podniosłoby wartość figurek i pokazało, które są oryginalne.
–Sprytnie. Nie sądziłem, że tak to rozkminisz.
–Moje figurki, mój biznes.”
Mechanik uśmiechnął się szeroko.
–No dobra. To co, lecimy na ten żuraw? Zobaczymy jak to wszystko działa.

Bartosz i Karol szli boczną uliczką portowej dzielnicy, mijając rzędy kontenerów i zaparkowane ciężarówki. Karol zerknął na potężny dźwig górujący nad magazynami i zapytał:
–Jak dostaniemy się do środka?
Bartosz uśmiechnął się lekko.
– Jak przystało. Frontowym wejściem.
Skręcili w stronę budki ochroniarza, gdzie za szybą siedział starszy mężczyzna z kubkiem herbaty w dłoni.
– Cześć, Bogdan! – Bartosz przywitał się luźno, opierając się o framugę okienka.
– Cześć, Bartek – ochroniarz uniósł wzrok znad ekranu i spojrzał na Karola.
– Muszę zobaczyć się z brygadzistą. Jest na miejscu?
– Powinien być w swojej kanciapie. Ty albo twój kolega chcecie kawy, herbaty?
–Jasne, czarną kawę poproszę – odparł Bartosz, ale zanim Bogdan zdążył wstać, Karol stuknął go w ramię.
– A twoje nadciśnienie?
– No dobra, herbatę.
Ruszyli przez wielką halę, w której piętrzyły się stalowe kraty i pręty. Powietrze było ciężkie od smaru i metalu. Na końcu znajdowały się małe drzwi z naklejką „BRYGADZISTA”. Bartosz zapukał i powoli otworzył.
– Siemasz, Stefan!
– Siema, Bartosz! – Brygadzista, postawny mężczyzna z gęstym wąsem, podniósł się zza biurka. – Miło poznać twojego towarzysza.
– Karol, mechanik z dolnej dzielnicy.
Stefan uniósł brew.
– O, sporo słyszałem. Same dobre rzeczy. W czym mogę pomóc?
Bartosz usiadł na fotelu przed biurkiem.
– Muszę dzisiaj wieczorem wejść na żurawia. Tylko tyle i aż tyle.
Stefan podrapał się po wąsie, zamyślił, po czym skinął głową.
– Rozumiem. Po tym, co dla nas zrobiłeś, nie wypada pytać ani kwestionować. Drzwi będą otwarte, ale wiemy o tym tylko my. Jasne?
– Jasne, Stefan. Dzięki wielkie.
– Nie ma sprawy. Wpadnij kiedyś na herbatę.
– Jak tylko czas pozwoli. A teraz nas nagli.
Karol podał Stefanowi wizytówkę.
– Miło było poznać. W razie usterek wszczepów zapraszam do warsztatu.
– Oczywiście, nie omieszkam wpaść.
Pożegnali się z Bogdanem i wyszli na ulicę. Karol spojrzał na Bartosza z zaciekawieniem.
– Co ty właściwie dla niego zrobiłeś, że jest ci tak wdzięczny?
Bartosz wzruszył ramionami.
– Jeden z jego automatycznych wózków widłowych padł. Okazało się, że koło zębate od kierownicy pękło. Nowa część od producenta kosztowałaby tysiące, a ja wydrukowałem ją na drukarce 3D za kilka stówek. Do dzisiaj jest mi wdzięczny.
Karol uśmiechnął się.
– Dobra, Bartek. To kiedy wchodzimy na żurawia?
– Karawana ma tędy jechać między pierwszą a drugą w nocy. Widzimy się na miejscu.
– Widzimy się na miejscu.

AKT 4

Bartosz szedł znajomą trasą do domu, a w jego głowie wyświetlała się lista obowiązków niczym komunikaty systemowe na uszkodzonym interfejsie.
– Praca domowa bliźniaków. Znów będą pytania egzystencjalne o sens matematyki. Co jeszcze…Pokój Młodego. Warto sprawdzić, czy jeszcze da się tam wejść bez maczety. No tak jeszcze mikrofalówka. Ostatnie dni na blacie spędzała z godnością skazańca, a żona patrzyła na nią, jakby planowała wydać wyrok

Westchnął.

Wszedł do mieszkania, otoczony natychmiast znajomymi dźwiękami i zapachami. Bliźniaki siedziały nad książkami w salonie, twarze wykrzywione w cierpieniu. Bratanek zalegał na kanapie z miną człowieka, który dopiero co zderzył się z rzeczywistością i przegrał.

Żona spojrzała na niego znad książki.
– Cały dzień cię nie było. Znowu byłeś u Karola?

Zrzucił kurtkę na wieszak i rozmasował kark.
– Dokładnie, powiedział, że twoja lokówka będzie gotowa na poniedziałek.
– A mikrofalówka? – Zapytała patrząc się przeszywającym wzrokiem

Spojrzał na nią, potem na sprzęt. Wziął głęboki wdech.
– To jej ostatni dzień, na tym stole.

Bratanek uniósł brew.
– Co się z nią stało?
– Silnik do obracania talerza, kabel się oderwał musiałem przylutować. A co cię boli, że masz taką minę znowu jakiś projekt Ci nie wypalił?
– Nie, muszę dokupić sobie pamięć RAM do komputera, po zainstalowaniu nowej gierki na monitorze pojawił mi się wielki czerwony komunikat „ 8 giga RAMu to za mało jak na te czasy, Idź dokup biedaku” i to mój plan na jutro.

Bliźniaki parsknęły śmiechem. Żona tylko pokręciła głową.
– Zanim ją zamontujesz, masz jeszcze matematykę do ogarnięcia. – Powiedziała patrząc się na dzieciaki.

– Tato, serio, mnożenie ułamków jest bez sensu.
– Nie jest. Pomyślcie, że macie pizzę…
– Znowu pizza? Czemu w szkole nie ma przedmiotu 'Praktyczne zamawianie pizzy’?”
– To bym zdawał rozszerzone.
– Dobra, najpierw matematyka, potem sprzątanie, a potem…
– Mikrofalówka? – żona dokończyła za niego.
– Tak, tak. Mikrofalówka. Przynieś skrzynkę z narzędziami, a ty młody pożyczysz mi wkrętarkę?”
– Jasne, ale za to nie sprzątam pokoju.
– Niech ci będzie.
– A ja? – Zapytała córka.
– Ty trzymasz poziomicę i udajesz, że pomagasz.

Oderwał taśmę, zamocował mikrofalę z większością jej elementów na miejscu, po czym przykleił taśmę izolacyjną do brzegów, tak żeby urządzenie szczelnie trzymało się na miejscu. Domowy patent na zapobieganie drobnych ruchów podczas użytkowania, które ostatecznie doprowadziły do oderwania przewodu silnika. Po wszystkim Bartosz schował taśmę do kieszeni. Pomyślał, że może się jeszcze przydać.

Karawana
Karawana

AKT 5

Noc. Droga przez industrialne pustkowie.
Karol przeciągnął ręką po wszczepie w karku i sprawdził łączność.

– Słyszysz mnie? — mruknął.
– Jasne i wyraźnie. Masz oko na trasę? – W uchu bohatera zaskrzypiał komunikator.

– Mam. — Karol stuknął w wyświetlacz na przedramieniu. — Skaner pokazuje, że mają dwa pojazdy eskorty. Pełne uzbrojenie, drony zwiadowcze.

– Klasycznie. Co z trasą?

Karol przeciągnął się w fotelu swojego warsztatu i spojrzał na hologram.
– Jadą autostradą, ale skręcą na serwisówkę przy Strefie 88. Tam ich dorwiemy.

Bohater sprawdził broń. Nie był fanem walki, dlatego miał przy sobie jedynie silny paralizator, spory zapas gazu pieprzowego oraz taśmę izolacyjną.
– Obyś miał rację.

Strefa 88. Wąska droga pomiędzy ruinami starego kompleksu przemysłowego.
Pierwszy pojazd eskorty wjechał w tunel, a tuż za nim ciężarówka. Karol zacisnął zęby. – Teraz.

Ładunek EMP eksplodował nad trasą. Światła w tunelu zamrugały, potem zgasły. Pojazdy korporacyjne wpadły w tryb awaryjny, drzwi kierowcy mimowolnie się zatrzasnęły. Staruszek za kółkiem usilnie chciał je otworzyć ale już było za późno.

Bartosz zsunął się na dach ciężarówk, wbił hak magnetyczny w bok ciężarówki, tak aby nie potoczyła się za dalego. Silniki zaskrzeczały, ale pojazd wciąż się toczył. Karol odliczał:
– Pięć sekund, potem systemy awaryjne wrócą z liną.

Karol siedzący w kabinie ruszył żurawiem co błyskawicznie wyrwało wentylację ciężarówki.

Wnętrze kontenera.

W środku na szczęście znajdowały się jedynie ciężkie skrzynie ze sprzętem.
Bartek próbował się podnieść i wyrzucić przez otwór w wentylacji, ale stalowe skrzynie były zdecydowanie za ciężkie.

– Karol, mamy problem.
– Masz sekundę, bo właśnie…

W półmroku błysnęły cybernetyczne ręce Karola wsunięte w otwór po wyrwanej wentylacji, które w ciągu kilku sekund rozerwały wyłom, przez który mechanik mógł wskoczyć do środka. Przestrzeń wypełnił głośny pisk, trzask i skrzypienie giętego metalu.

– Witam na pokładzie.

Karol spojrzał na skrzynie z ładunkiem. Otworzył jedną.
– Najnowszej generacji obiektywy do mikrofotografii Mamy to.

Na etykiecie widniało logo SensoTech i enigmatyczny opis: „Seria IV – Neurooptyka. Priorytet”

Karol gwizdnął.
– No, Wygląda na to, że to część ich projektu konektomu. Z tyłu optyki widać złącza neuronalne, które można podłączyć bezpośrednio do interfejsu skroniowego

Bartosz zacisnął palce na krawędzi skrzyni.
– Fajnie, że miałem rację i cieszy mnie też twoja ekspertyza, ale weź to ze mną, zanim kierowca otworzy drzwi i wydostanie się z kabiny.
– Zwijajmy się

Bohaterowie ponieśli skrzynię z towarem, po czym zamaszystym ruchem wrzucili ją na dach ciężarówki. Bartosz przywiązał skrzynię do liny żurawia, po czym oboje wskoczyli na nią, trzymając się z całych sił. Karol otworzył system zdalnego sterowania na swoim ramieniu, po czym żuraw ruszył w stronę dachu fabryki, jednocześnie wciągając ich coraz wyżej.

AKT 6

Bartosz wrócił do domu w doskonałym humorze po udanym skoku.
W torbie, którą niósł, kryły się obiektywy. Po otwarciu drzwi przywitała go żona, która podlewała rośliny – skarby zdobywane przez lata. Każda z nich miała swoją historię, a ona z dumą pielęgnowała je w ogrodzie.

– Jak tam dzień? – zapytała, nie odrywając wzroku od doniczek.

Bartosz odpowiedział wymijająco, z lekkim uśmiechem.

– Cały dzień u Karola. Było świetnie, jak zawsze.
– Znowu skóra odkleiła cię od twojego ręki, że tak długo wam zeszło?
– Nie trzyma się doskonale, od kiedy Karol sprowadził mi syntetyk wszystko trzyma się idealnie, jak widzisz.
– Przekonałeś tego durnia żeby przestał się chwalić swoimi łapami i w końcu zaczął się nosić jak dorosły, a nie jakiś nastolatek!?
– Kochanie, to znak firmowy Karola, klient który przychodzi od razu widzi, że ma do czynienia z profesjonalistą, który nie ma niczego do ukrycia. Właśnie, jak tam mikrofalówka, wszystko działa?
– Tak, wszystko działa w lodówce jest lazania, idź sobie podgrzej. Tylko proszę cię nie jedz za dużo, bo znowu się nażresz i będzie jak ostatnio.
– Dobra, dobra. Zjem potem, chcesz herbaty?
– Nie dzięki już piałam.

Bartosz przeszedł obok kuchni, chwytając butelkę ciemnego piwa, z zapasów na górnej półce. Idąc korytarzem minął dzieciaki bawiące się w niezrozumiałą dla niego grę, pełne radości i beztroski.Wszedł do swojej pracowni, miejsca, które zawsze pełniło rolę azylu. Zrzucił torbę z ramienia i położył sprzęt na biurku. Powoli zaczął układać scenerię do mikrofotografii, zastanawiając się, które ujęcie będzie najlepsze.

W tym momencie do pracowni wszedł jego bratanek Filip. Spojrzał na sprzęt i po chwili milczenia powiedział:

– To prawda, praca nad konektomem…

Bartosz spojrzał na niego, lekko się uśmiechając.

–A ty zawsze jesteś taki bystry, Filip. Tak, to prawda. Jak zwykle pod ogromnym wrażeniem twojej spostrzegawczości.

Filip usiadł przy stole i spojrzał na niego z niepokojem.
– Co dalej? Jeżeli korporację już pracują konektomem, to ile czasu im zostało?
Pewnie i tak się nie dowiemy, cholera złości mnie to…

Bartosz poczuł, jak atmosfera w pokoju się zmienia. Zamilkł na chwilę, a potem odpowiedział spokojnie, choć z nutą smutku w głosie:

– To tylko kwestia czasu, Filip. Jak z każdą technologią. Prędzej czy później każdy będzie miał ją za grosze. To tylko zabawa w to, kto dostanie się do niej wcześniej.
– Ale co z nami? – Filip nie ustępował. – „Co z tymi, którzy nie będą mogli sobie na to pozwolić? Kiedy bogaci będą nieśmiertelni, my będziemy skazani na życie w nieświadomości, starzejemy się, chorujemy… a oni nie.

Bartosz patrzył na niego z czułością, próbując pocieszyć. Zbliżył się i usiadł obok, spoglądając w jego oczy.

– Po pierwsze. Rozumiem twój smutek, ale jak widzisz pracuje nad tym, masz już jakiś kawałek tej układanki na biurku, dosłownie pod nosem. Nie znam nikogo innego, kto pracowałby nad tym tematem. Na pocieszenie powiem, że z czasem planuje zebrać więcej kawałków tej układanki i jakoś dołączyć do gry.
Jeżeli już zacząłeś ten temat, to podbuduje cię też filozoficznie i ideologicznie, a nie tylko emocjonalnie jak kobiety i dzieci…
A więc… Zawsze było tak, że ci na szczycie mieli więcej. I wiesz co, to się nie zmieni. Ale my musimy myśleć o tym, jak przeżyć, a nie tylko o tym, jak umrzeć. Życie to nie tylko czekanie na śmierć, Filip. Nie jesteśmy vikingami, którzy chcą dostać się do Valhalli, a to też spoko ideologia. W każdym razie, ta technologia… może nie da nam nieśmiertelności, ale da coś innego. Da nam sposób, by żyć na własnych zasadach. Rozumiesz?

– To był naprawdę długi monolog…
– Mam nadziej, że się podobał?
– Tak.

Filip patrzył na wujka, w jego oczach pojawił się cień zrozumienia. Choć jeszcze nie był do końca przekonany, coś w jego postawie się zmieniło. Powoli się uśmiechnął, jakby zaczynał dostrzegać, że w tej grze nie chodzi tylko o to, kto wygra, ale jak odnaleźć się w tym wszystkim.